INNE KINO IRAŃSKIE

 

Kino irańskie kojarzy nam się zwykle z ambitnymi filmami, najczęściej bardzo kameralnymi, które w sposób subtelny przedstawiają dylematy irańskiej inteligencji, stłamszonej przez system polityczny, obyczajowość. Kino psychologiczne, w nastroju melancholijno-cierpiętniczym, bardziej lub mniej dystansujące się od panującego cały czas w tym kraju terroru religijnego. Też jako głosy pewnej niezgody (ale nie jawnego protestu ani negacji) panującego systemu, przyjmowane są życzliwie i z dużym zainteresowaniem w krajach Wolnego Świata. Obsypywane nagrodami na najbardziej prestiżowych festiwalach, wygrywają też Oscary („Rozstanie” Farhadiego). Na pewno zasłużenie, bo to kino autorskie, opowiadające niebanalne historie, z niebanalnymi bohaterami.

Jednak istnieje też inne kino irańskie i to związane z innym rodzajem produkcji – z animacją. Już całkiem dawno powstał film „Persepolis” Marjane Satrapi, co prawda we Francji, ale na temat tego co stało się w Iranie w II połowie XX wieku. Z wielu interesujących motywów, których brakuje we współczesnym kinie irańskim jest tam zderzenie kultur, problem emigracji, ale jeden bym szczególnie wyróżnił. To problem rewolucji islamskiej, która pożera swoje własne dzieci. A ściślej biorąc: swoich ojców, czyli irańską inteligencję, która w proteście przeciw okrutnemu reżimowi Szacha, wsparła dojście do władzy jeszcze gorszy reżim islamskich ajatollahów. Ale „Persepolis” to już historia, a poza tym faktycznie film francuski, z tym że mówiący o irańskim reżimie, o czym nie powie bardzo cenione obecnie kino irańskie.

Ale jest też i film współczesny. I też – animowany. Tytuł „Teheran taboo”. Bez subtelności, pokazuje świat okrutny i pełen obłudy. Z jednej strony oficjalna ideologia, teokracja,  bezwzględne reguły moralne, „policja moralności”, która śledzi wszelkie odstępstwa od obowiązujących norm, lekko tylko wystające włosy dziewczyn spod chusty, trzymanie się za ręce. Z drugiej strony prywatne zabawy, bez ograniczeń, z seksem, narkotykami… W czasie jednej z takich prywatek bohaterka traci dziewictwo, co może się skończyć dla niej tragicznie, bo jej przyszły mąż nie może się ożenić z nie-dziewicą. I cóż: istnieje cały podziemny pseudo-medyczny przemysł „przywracania dziewictwa”, co kosztuje. Chłopak, sprawca tego nieszczęścia, chce wziąć kredyt na tę operację, ale mimo oferty łapówki, nie udaje mu się. Ratuje go ciotka, które okazuje się prostytutką głównie na usługach jednego z ważnych ajatollahów (który na co dzień wygłasza kazania pełne moralnych pouczeń )… Przy czym ów rzekomy przyszły małżonek, okazuje się pośrednikiem w handlu żywym towarem, dostarczającym dziewice bogatym szejkom z Zatoki Perskiej. Musi mieć dziewicę. Dwójka młodych bohaterów tymczasem, szukając rozwiązania swojego problemu, po drodze widzą jak „strażnicy moralności”, w majestacie islamskiego prawa,  dokonują publicznej egzekucji rzekomych narkomanów, czy homoseksualistów, a klient prostytutki ajatollah jako moralny autorytet, grzmi przeciw zepsuciu płynącemu z Zachodu, z królestwa Szatana .

Tak, takich scen i takiego  brutalnego, ale prawdziwego opisu rzeczywistości nie znajdziemy we współczesnych filmach irańskich. Film jest animowany, ale zrealizowany w technice rotoskopu, czyli zdjęć aktorskich, przerysowanych potem do komputera. Reżyser, scenarzysta i aktorzy są z Iranu, dialogi też w języku irańskim (perskim), akcja rozgrywa się w stolicy Iranu, choć film, jak się można domyślić, jednak nie powstał w Iranie. To koprodukcja niemiecko-austriacka. Ale prawdziwiej, dosadniej pokazuje życie w Iranie niż  tak cenione na świecie filmy irańskie. Obyśmy nie dożyli dnia, gdy filmy mówiące prawdę o życiu w Polsce, będą mogły być zrealizowane tylko poza granicami naszego kraju.

Tymczasem polecam wszystkim „Teheran taboo”, chociaż nie mam pewności, czy faktycznie dotrze do polskich sal kinowych.

 

Włodzimierz Matuszewski